MNICH, TRAJEDIA KORZENIOWSKIEGO
Mocarz w kapicy mniszej — ten sam, o którym Naruszewicz powiada słowami Marcina Galla, że uderzył mieczem w Bramę Złotą Kijowa, ponawiając zatarte na niej starożytnością szabli pradziadowskiej zarysy — wielki wojownik, ale większy jeszcze grzesznik na pokucie, potężny władzca, odsądzony od władzy i wszelakiego uczestnictwa w społeczeństwie, jednym skinieniem dalekiego, potężniejszego jeszcze mocarza, który z swej stolicy namiestniczą tylko mocą ducha czasów bez żadnego zastępu zbrojnego ludom wszystkim rozkazywał i losy państw przeważał w swym ręku, na ostatek tułacz odarty z zaszczytu dostojeństwa, ale więcej może żałujący bezbożnych postępków swoich niżeli ojcowskiego berła i sławy! Jakiż plac wytknięty dla myślącego artysty! Jak świetny i jak obszerny zawód dla pisarza dramatycznego! Gdyby to nawet było baśnią na żadnej kronice nie ugruntowaną, na żadnym podaniu narodowym, a nie szczerą prawdą, już by takie zmyślenie bujnością swoją mogło wzbudzić ochotę napisania trajedii. Wreszcie sam czas, kiedy się to działo: epoka tak chrześcijańska, tak bohatyr- ska historii naszej! Nic zaiste piękniejszego i nic traiczniejsze- go wymyślić nie można nad osnowę kompozycji dramatycznej, która naturalnie, bez przymusu i naciągania sama się, jak nić z kłębu, wywija z życia, charakteru, postępków i przygód naszego króla Bolesława Śmiałego. Czemuż Korzeniowski nie zrozumiał tego przedmiotu, nie ogarnął jego wielkości? Prawdziwy talent dramatyczny, nawet z drobnostek rzetelną korzyść odnosząc, nimi swój utwór bogaci; ale kto pisze bez powołania, u tego i wielkie rzeczy maleją. Toż samo nieledwie przydarzyło się Korzeniowskiemu. Nie podołał on swemu przedmiotowi. Zamierzył wysoko, nad siły i usposobienie swoje, spadł też z wysokości. Postrzegł w dali poetyckiej, w mroku starożyt-nych dziejów naszych postać kolosalną, groźną, spaniałą, naprzód w majestacie i chwale, a potem w nieszczęściu, w lśniącej zbroi i na ustroniu klasztornym, pod klątwą Kościoła; lecz oblicza tego rycerza, tak jak się wynurza z historii, ani spod blaszanego hełmu, ani spod kaptura odsłonić i na oko pokazać nie umiał. Zawiódł przeto nadzieję naszą, gdyż spodziewaliśmy się czegoś lepszego; nakreślił kilka scen martwych, a krytyka sumiennie oceniająca wartość lichego tworu dostatecznie wy- dziwić się nie może, że go śmiał nazwać trajedią.
„I cóż to jest trajedia?” — może się niejeden zapyta. Od-powiadamy: jest to najwspanialsze dzieło poetyckiej głowy, dzieło roboty wielkiego, bystrego rozumu. Lata, wieki mijają, nim się urodzi, kto może napisać dobrą trajedię. Nie każde nieszczęście, nie lada smutek jest traiczny, nie każde zdarzenie, choćby najokropniejsze. Nie wszystko nawet, co do litości pobudza i nieci trwogę. Do trajedii, zdaniem naszym, trzeba tego dwojga: wielkiego męża i obszernego zawodu. Krótko mówiąc: potrzeba historii. Tylko historyczną traiczność pojmujemy; innej nie masz. Zasada historii jest także zasadą trajedii; i tam, i tu jedne prawo rządzi. Trajedia zaś może być historyczną, choćby wreszcie jej osnowa była zmyślona, to jest: jeżeli zdarzenia tym samym trybem rozwijają się na scenie, według tego samego prawa, które kieruje losem człowieczeństwa. Wywód następujący lepiej tę myśl rozjaśni. — Historia świata jest to wielkie poema dramatyczne. Jakież prawo rządzi tą historią?... Człowiek działa jak chce; z woli jego rodzą się wszystkie fenomena dziejów, a jednak mimo tę całą wolność swoję jest w ręku Wszechmocnego. Nie przygodna kolej, nie ślepy los starych ciemnych wieków pogaństwa, ale mądra, dobroczynna Opatrzność władnie tym światem, a przecież my, ludzie, mamy swoję wolę i podług niej działamy, dobrze czy źle, jak chcemy! Otóż zagadka dziejów — największa, może nigdy nie zbadana tajemnica historii! Wola człowieka i rząd opatrzny Stworzyciela, bez którego nic się nie dzieje w niebie i na ziemi! Te są dwa pierwiastki historii. Gdyby nie wolna wola człowieka, nic by się nie mogło ziścić w historii; natenczas sprawy i działania nasze byłyby podobne biegowi ciał niebieskich opisujących pewne raz na zawsze zakreślone drogi albo krzewieniu się roślin, albo przypływowi i odpływowi wód morskich, jednym słowem: temu wszystkiemu, co się w naturze widomej z przejrzenia Bożego koniecznie i nieodmiennie tak a nie inaczej dziać musi. Historia rodu ludzkiego byłaby podobna historii naturalnej. Z drugiej zaś strony, gdyby nie było wyższego rządu w świecie historycznym i prawa ogólnego, pod które wszystkie razem skutki woli ludzkiej, to jest fakta podciągnąć można, która wykłada ich znaczenie, tłumaczy szyk, następstwo, kolej: natenczas sprawy i działania nasze, zamierzonego przed sobą, dalekiego, ostatecznego kresu nie mając, wikłałyby się w plątaninę coraz zawilszą, coraz gęstszą i nigdy nie rozdziergnioną. Żaden duch i najmocniejszy nie rozświeciłby tego odmętu. Ziemia byłaby natenczas składem prochów i kości plemion zniszczonych, ginących i pod nowymi nazwiskami rozradzających się w niezamierzone czasy, a jasność słońca i nocne gwiazdy przyświecałyby tylko ruinom ruin, zatraceniu zatracenia, szczątkom szczątków. Natura widoma byłaby obszernym grobem jestestw, a nie objawą niewidomej mocy, co ją zrządziła. Świat pod zmysły podpadający nie byłby natenczas zwierzchnią szatą promienistego ducha, wcieleniem, rozsianiem w nieskończoną przestrzeń odwiecznego, nieskończonego słowa, logos. Snadniej byłoby zliczyć krople wody niezmiernego oceanu i ziarnka piasku niezmierzonej pustyni, niżeli pojąć naturę dziejów ludzkich; nie byłoby umiejętności historycznej. Lecz nie tak jest w samej prawdzie! Człowiek ma swoję wolę i podług niej działa; czasy rodzą się z naszego ducha. Stąd powstaje historia. Jest także Opatrzność, jest prawo duchów; stąd powstaje umiejętność historii. Zebrawszy w treść, cośmy tu powiedzieli, zawiązujemy taki wniosek: dzieje są skutkiem woli człowieka, objawianiem jego ducha. Porządek systematyczny dziejów, szyk, dążność, następstwo jest skutkiem woli Bożej, objawieniem rządu Opatrzności. Z pierwszego rodzi się historia, z drugiego filozofia historii, czyli osnowa umiejętności i zarazem jej forma, kształt. — Wywód ten był potrzebny dla zrozumialszego określenia trajedii. Z dwóch także atomów, z dwóch różnych pierwiastków składa sie istota tego poematu. Jednym atomem jest wola człowieka. W ten obręb wchodzą charaktery, namiętności, świetne cnoty i wielkie zbrodnie. Drugim atomem trajedii jest konieczność, mus zwierzchnią władzą ukracający wolę osób. Pisarz dramatyczny wciąga w ten obręb czas i rozległe pomy-sły, ideje czasu. Na nich gruntuje idealny porządek dramatycznej konstrukcji. Jest to właściwie układ, plan dzieła. Na przykład: za dni Bolesława Śmiałego duchowna moc papieża była ową rozległą ideją, której podówczas i ludy, i królowie hołdowali. Ta władza powściąga Bolesława, ogranicza jego wolę, upomina, nieposłusznego odcina od społeczności katolickiej, wreszcie z tronu składa. Traiczność poematu tkwi w zgonie Stanisława Szczepanowskiego i pokucie króla. Obadwa zdarzenia wynikają z rozterków między władzą świecką i duchowną. Takie było zadanie Korzeniowskiego! Lecz daleko większe masy należało podciągnąć pod ten jeden widok. Czas, poezja historii zawarta w układzie sztuki, na scenie, w scenicznym działaniu, w akcji dramatycznej, z pierwiastków swoich przed oczami naszymi rozwijać się powinny. Zważmy pilnie ten wy-raz: „rozwijać się”. Tragedia jak i historia zależy na tym roz- winieniu. Dlatego powiedzieliśmy, że tylko historyczną traiczność pojmujemy. Gdzie się nic nie rozwija, tam nie masz czasu. Gdzie nie masz czasu, tam nie masz historii, ponieważ historia tylko w czasie być może. A gdzie nie masz historii, w takim utworze (jak wypada z tego, co się wyżej rzekło) nie masz tragedii. Przeto genetyczny, czyli rodzajowy być musi charakter wszelkiego dzieła dramatycznego. Sceny jedne z drugimi w nierozdzielonym zostają związku, jedne z drugich wypływają; łączy je wewnętrzna konieczność, a wikła i plącze mus nieodpartej potrzeby, niewolącej najdzielniejsze chęci i usiłowania człowieka. Tym człowiekiem niechaj będzie cnotliwy bohatyr albo zbrodniarz, lecz tak jeden jak drugi niechaj w obszernym działa zakresie.
Oto jest tragedia! Takie rozumienie, taka własność tego nad wszystkie inne piękniejszego poematu. W tę przepaść strąca poeta traiczny główną osobę — cnotę lub niecnotę! Taki tylko smutek jest traiczny, takie nieszczęście. Po wielokroć w tym dzienniku zaprzeczaliśmy tytułu tragedii dziełom, mającym skądinąd rzadkie zalety, wsławionych pisarzy, np. Horacju- szom, Andromace, Zairze itd. Podług tej teorii odsądzamy także od tytułu tragedii Mnicha Korzeniowskiego, toż samo rozumiejąc i ze względu jego Anieli. Kto Bolesława Śmiałego z przeszłości wywołuje na scenę, sam nieledwie tak śmiały być powinien w układzie i egzekucji tego tworu, jak on był śmiałym w królewskim przełożeństwie, śród niebezpieczeństw, w pogromie nieprzyjaciół Polski. Kto pisze tragedią, kto nawet pod tym tytułem dzieło swoje ogłasza, powinien wiedzieć, na czym zależy istota tragedii; szczególniej zaś, kto chciał wprowadzić Mnicha na scenę ojczystą, powinien był wiedzieć, na czym zależy traiczność powodzeń i losu takiego męża, jakim był Bolesław Śmiały. Korzeniowski tego nie wiedział. Gdyby też był szerzej rozwiódł się w tej mierze! Gdyby był obrał zawód rozciągłejszy! Gdyby był śmielszą myślą ogarnął przedmiot tak nowy, tak bogaty, tak zajmujący! Mielibyśmy, jeżeli nie trajedią, to przynajmniej kompozycją historyczną, podzieloną na akty i sceny, taką na przykład, jaką Wiktor Hugo, autor Hernaniego, przysłużył się literaturze francuskiej. Wiktor Hugo nie ma ani tak wysokiego pojęcia tragedii, jakie dopiero co wyłożyliśmy, ani daru do egzekucji tak rozległych planów. Ale jest on przynajmniej doskonałym fabrykantem scen! Doskonałym malarzem al fresco! Czasy zapadłe wywołuje z przeszłości; charakteryzuje wieki. Na przykład rozważmy jednę scenę Hernaniego, monolog Karola V w grobie Karola W[ielkiego]. Cóż piękniejszego nad ten obraz pośrednich wieków Europy?
Ah! c’est un beau spectacle à ravir la pensée
Que l’Europe, ainsi faite et comme il l’a laissée!
Un édifice, avec deux hommes au sommet etc.
Lecz w takim razie, jak już powiedzieliśmy, trzeba było Ko-rzeniowskiemu zająć daleko większe masy. Niechby był pierwszy akt jego Mnicha przypadł w Kijowie. Złe poczęło się w tym mieście; wzrosło zbytkiem, miękkością.
Polubił — jak pisze Naruszewicz — długim żelaza dźwiganiem zdziczały Sarmata, jako drugi Annibal w Kapui, kijów- skie ponęty: skosztował, zepsuł się i znikczemniał. Jedno przezimowanie w niemęskim mieście odmieniło z gruntu i króla, i wojsko. Zmartwiały przygłuszone dosytem uciech waleczne duchy, rozprzęgła się obozowa karność; pogromca wielu narodów, naród zwalczonego od siebie miasta rozpustą i miękkością sam tak zwyciężony został, iżby mu prawie uczciwiej zginąć było od miecza niż od swywoli.
— Co za obrazy! Jakie sceny! Jak łatwą ta powieść Naruszewicza Korzeniowskiemu nastręczała sposobność ukazania rycerstwa polskiego, powoli wyłamującego się z klubów karności, wypowiedającego posłuszeństwo starszyźnie, wśród pija- tyckiej ochoty odwykającego od zbroi, niewieściejącego w rozkoszy, w przepychu! Toż i samego Bolesława, zniewolonego „nad wszystkie zmysłów przyłudy pochopniejszą do serc uwikłania urodą pięknych Rusinek!”. Obyczaj obudwu narodów, Polaków i Rusinów, szaty, rynsztunki, zabawy, uczty, mowa — rysy tak wydatnie każdy wiek cechujące, zwierzchnia czasu barwa, wszystko to czyniłoby najpiękniejszy skutek w kompozycji, której główną zaletą jest malowność, to właśnie, co Francuzi zowią pittoresque. Czymże innym słynie Schillera Obóz Wallensteina?n Czym innym zajmują nas romanse Waltera Scotta, jeżeli odetniemy od nich charaktery i sytuacje?
Z nas samych wszystkie pochodzą nieszczęścia. Jakże daleka, długa droga od cnoty i przewag rycerskich do występku, od męstwa do zepsucia i miękkości, od przełożeństwa królewskiego do tułactwa i kapicy mniszej! Ten przedział jest zawodem sceny, bez kontrastów nikt zamierzonego skutku nie sprawi; tajemnicą sztuki, duszą historycznej kompozycji są przeciwieństwa bijące w oczy. Chciałli Korzeniowski zająć myśl na- szę tułaczem, mnichem, trzeba nam go było stawić śród okoliczności, które go przywiodły do tego tułactwa. Na scenie wypadało mu przebiec zawód Bolesława, na scenie ukształcić jego charakter, z charakteru wywikłać kolej dalszych następstw, kolej klęsk i niepowodzeń, które naród i króla dotknęły. Toć jest, co genesis kunsztu stanowi. Podług tego planu akt drugi musiałby przypaść w Krakowie, a trzeci dopiero w klasztorze
Ossjaku w Karyntii. Tym sposobem przyczyny, ciąg i skutki jedne z drugich wywikłane — historia, poezja wieku i charaktery historyczne wprowadzone na scenę, na scenie z pierwiastków swoich przed naszymi rozwijając się oczyma, ziściłyby warunek akcji, działania, ruchu, życia dramatycznego. Korzeniowski wolał to wszystko zamknąć w tyradzie z kilkunastu wierszy złożonej; tę tyradę deklamuje w przytomności przeora Sreniawita, który Bóg wie po co przybył do Ossjaku. Pytamy się autora: czyż nierząd, roztyrki wewnętrzne w kraju, despotyzm Bolesława po powrocie z Rusi, ci, którzy go obłąkali pochlebstwem, słowy obleśnymi, niecną usłużnością, podnietą do złego i chytrą radą, owi Strzemieńczycy, Drużyncowie, Śre- niawici, a dalej tak przeciwny im Stanisław Szczepanowski, kapłan przestrzegający upominaniem króla, dalej zaś moc duchowna w zapasach z świecką władzą, wreszcie scena na Skałce i piorun z Watykanu, czyż to wszystko samo przez się nie cisnęło się w obręb jego kompozycji? Z tej jednej rozległej idei duchownej mocy, z tej tak historycznej idei, która ważąc się z świecką władzą przez długi czas wszystkimi publicznymi sprawami Europy chrześcijańskiej kierowała, mógł był wyciągnąć autor Mnicha to systema, ten porządek idealny, ten zarząd zwierzchni, który piętno historyczne na wszelkim dziele dramatycznym wytłacza.
Te są ogólne postrzeżenia dotyczące planu sztuki. Przejdźmy teraz do szczegółów. Pierwszym jest obowiązkiem wyrozumiałej krytyki uważać dzieło autora wedle jego pojęć i zamiaru. Czynimy zadość tej powinności, odcinając wszelkie względy, w których roztrząśnienie wciągnął nas niewłaściwy tytuł trajedii. Korzeniowski miał zamiar skreślić ostatnie chwile Bolesława odsądzonego od uczestnictwa w społeczności, złożonego z tronu, szukającego przytułku w obcej ziemi. Ziściłże tę myśl? Rzecz dzieje się w klasztorze Ossjaku w Karyntii. Sami wchodzą zakonnicy, prócz króla i Śreniawity, rycerza polskiego. Wiek ów był wiekiem Grzegorza VII, wiekiem szerzenia się i doskonalenia hierarchii kościelnej. W tę właśnie porę przypada walka duchownej władzy z świecką. Świat był na dwie części rozdzielony; ziemia zdawała się skalana, pełna grzechu, a samo niebo uszczęśliwiającym. Przeciwną odpychały się mocą wojna i pokój, zgiełk doczesny i samotność. Były zbory świeckie, były uczty, dworskie zabawy, uroczystości, turnieje, ale także był i Kościół, były klasztory, były poświęcone miejsca. Było rycerstwo, było i duchowieństwo. Wszystko w innym niżeli teraz rozumieniu. Jedno i drugie wyrażało się w pierwotnym kształcie, początkową dzielnością, w szczerej istocie swojej. Dziećmi ziemi burzliwsze może niż w późniejszym czasie namiętności miotały; gniew ich był krwawszy, miłość płomienistsza, duma podnioślejsza: tym świątobliwsze, tym bogobojniejsze i wolne od wszelakiej skazy było życie tych, którzy do nieba należeli. Mnogość pobożnych uczynków, modlitwa, post, pielgrzymka, z jednej strony, zdawały się wyrównywać mnogości obłąkań, i zdrożnych występków z drugiej strony. Jednych Kościół pociągał ku sobie, inni lecieli do boju. Te pierwiastki historyczne kombinując się z sobą stanowią grę przeciwieństw; dualizm ten jest źródłem życia... Wszystko to powinien był mieć Korzeniowski na względzie, przywdziewając Bolesława w kaptur mniszy i wprowadzając grzesznika do świętego, jak sam mówi, miejsca modłów i pokoju. W romansie Waltera Scotta Waverley czyni p. Bradwardine tę uwagę, że dobry heraldyk każde zwierzę użyte za godło herbu w naj-szlachetniejszej postawie maluje, i tak: gronostaja w biegu, toż samo jelenia, niedźwiedzia zaś spiętego na tylnych łapach. Toż samo powiedzieć by można do każdego pisarza dramatycznego, rozwijającego na scenie jakikolwiek fenomen historyczny. Fenomen takowy powinien być uważany z najszlachetniejszej strony i w najpiękniejszym wydany świetle. Zadaniem Korzeniowskiego było wystawić klasztor katolicki wieków średnich. Zrozumiałże ducha tego ustronia?
„Na cóż jesteśmy w tym zdziczałym miejscu?” — pyta się Przeor (akt I, scena ). I tak dalej mówi:
Tu kwiat nie wschodzi, w tych się skałach żaden
Ptak nie zagnieżdża, zboże tu nie rośnie.
Ledwie mech nagie głazy przyodziewa
I smutne jodły w chmurach się zielenią Tu jest granica życia.
Bardzo dobrze, śliczny opis klasztoru, miejsce poetyckie, ro-mantyczne, ale pytamy się autora: któż mieszka w tym klasztorze? Adalbert, młody zakonnik, który tęschni do świata, który nie dziękuje Bogu, że przywdział habit, który mówi: „Bóg mi dał siły, ale te siły mamie pójdą jak plenne ziarna, jeśli tu zostanę”, Adalbert mową, gestem, rycerskim zapałem tak wyraźnie przypominający czułego minstrela Edwina, kochanka Izory Odyńca! Któż więcej mieszka w tym klasztorze? Wacław, stary żołnierz, mnich ciekawy, chytry! A dalej Przeor, pojmujący, jak sam mówi, wstręt Adalberta do życia klasztornego, i pobłażający temu wstrętowi! Wreszcie stary zakonnik zalecający innym pobyt w tym miejscu takimi wyrazami: że „się do wszystkiego przyuczyć można”! A gdzież reguła, gdzie dyscyplina, gdzie karność? Takaż to świątobliwość, takie życie klasztoru! Taki duch samotnego ustronia? — Cóż znaczy ów ksiądz przybywający z rozkazami biskupa, który poselstwo swoje zaczyna od wykrzykników: „Męką jest podróż do was”, a wytchnąwszy z tmdu, chwali położenie miejsca, dziwi się okolicy, jakby podróżujący lord angielski? Takiż to organ idei wieku, taki posłannik władzy duchownej?... Korzeniowski z jednej śmieszności brnie w drugą. Żadnego nie skreślił charakteru, żadnej sceny! — Po cóż przychodzi Śreniawita? Żebrać miłosierdzia! U kogo? U Bolesława! Od Bolesława przebaczenia winy! „Wyższa — mówi — siła, głos, który wyszedł z grobu, kiedym nad nim klęczał i płakał, kazał mi go szukać, rzucić się do nóg jego, by przebaczył niegodnym radom, które go zgubiły.” — O nieba! Wielki Boże, co za motywa! Duch nieboszczyka Szczepanowskiego każe Sreniawicie padać do nóg Bolesława, mówiąc, że to jest sposób, co ich obu zbawi! — Występni, grzesznicy w owym wieku nie od spólników winy domagali się miłosierdzia, ale przez śnieżne Alpy boso udawali się po to do Rzymu! Nie byłoby końca, gdybyśmy wszystkie ustyrki tej dziecinnej kompozycji wyliczać chcieli. — Wreszcie sam Bolesław!
